Marshall Canoe 2017 – Czarna Hańcza

 20 lipca, czwartek, dzień siódmy

Dzień laby. Tego dnia nie płynęliśmy. Nie tylko dzieciaki cieszyły się z tego powodu. Kilku dorosłych również. W tym ja. Lubię pływać ale lubię też biwakowanie na fajnych miejscówkach.

Dla mnie spływ nie oznacza samego trzepania kilometrów wodą. I nie jest dla mnie celem nabijanie licznika.

Biwakowanie nad wodą jest bardzo fajne, gdyż jest fajne bardzo.  :)

Kilku hardkorowych koksów – Filip Duży, Jacek, Blambek i Zirkau o szóstej trzydzieści wybrali się do sklepu na dwie kanady. Dzień wcześniej wieczorem spisali listę zakupową. Popłynęli na dwie łódki, bo towaru zapowiadało się na kilka ton. Samych ziemniaków był cały worek…  :)

Cały dzień spędziliśmy relaksując się na mymłonie przyrody, bawiąc się i wygłupiając…

 

 

 

 

 

 

Po obiedzie i krótkiej sjeście dobralismy się do worka podziemnych pomarańczy…

 

 

Była godzina 16. Do ogarnięcia mieliśmy około dwanaście kilogramów tego cennego surowca. Chętnych do obierania i krojenia ziemniaków było mniej niż tych do jedzenia ale że była nas naprawdę wielka gromada szło piorunem.

Pomijając to, że frytki smażyliśmy w litrze oleju w niewielkim koszyku. Co przełożyło się na czas smażenia całego towaru.
Ostatnia porcja została podana przy ognisku, około drugiej… :)

 

I jeszcze jedna wesoła akcja z frytkami w tle!
Scena: Biwak
Obsada: Karolina 8-9 lat, ja.

Karolina zajada frytki, ja przechodząc rzucam:
– I jak te frytki Karolina?
– Suuper!! Mama z babcią robią gorsze!
Kurtyna!
:)

 

Na tym polu namiotowym byliśmy juz rok wcześniej przy okazji Zlotu Kanu. Ja i Cziko znów kimaliśmy w hamakach rozwieszając je w tych samych miejscach co rok wcześniej. No tyle, że w tym roku hamaków i amatorów bujania się w nich relaksacyjnego było więcej.

Moja chałupa na tej miejscówce przedstawiała się pięknie. Hamakując mozna było gapić się na piękne jezioro i lasy…

Tak jak wspomniałem wcześniej – dzień zakończył się późno, po drugiej. Obżarci frytkami poszliśmy grzecznie spać.