Spacerek ze spinningiem i posiadówka nad Pisą.

Tiaaaa… Napisałbym, że wyciągnąłem moich chłopaków na spinning ale po pierwsze założenie było takie, że będzie nie tylko łowienie ale i zwykła szwendaczka plus posiadówka, a po drugie nic nie złowiliśmy, głupio więc byłoby napisać, że byliśmy na rybach. :)

Ale po kolei – wybraliśmy się nad Pisę – lubię tamte tereny – konkretnie w pobliże ujścia Pisy do Narwi. Szwendaczkę rozpoczęliśmy od mostu w Morgownikach, gdzie zostawiliśmy zaparkowany czołg.

Po wypakowaniu i poskładaniu do kupy szpeju pospinningowaliśmy sobie z godzinkę w pobliżu mostu, po czym przed dalszą wędrówką wypiliśmy herbatkę (zimno było) pod fajną publiczną wiatą przy moście.

Potem ruszyliśmy na drugą stronę rzeki i spacerkiem zmierzaliśmy w górę rzeki po drodze spinningując.

Ten odcinek Pisy znam bardzo dobrze i nigdy tu ne było bobrów. No ale już są.

Po jakichś siedemnastu tysiącach rzutów zdecydowaliśmy się na dłuższą posiadówkę,

relaksik,

odpoczynek,

rozmowy, etc…

„Surwiwal” idzie nam coraz lepiej. Patryk, mój pierworodny zorganizował mały ogień (szybko, sprawnie, profesjonalnie), a ja zawieszkę na kociołek.

I nastało to, co tygryski lubią najbardziej. Ogień, żarcie, itd.
W roli ognia wystąpiło drewno z wiatro- i bobrołomów oraz temperatura i płomienie.

W roli żarcia fasolka po bretońsku, by Jadwiga F.

Po dłuższej posiadówie, relaksiku ruszyliśmy dalej w górę rzeki smagając wodę żyłką ze sztuczną przynętą.
Nic się nam nie czepiało ale i tak było fajnie – okolica jest tam piękna. Woda, lasy, łąki…

No ale były też różne przykłady uwidaczniające zasadę „Life is brutal and very full of zasadzkas”. Jednym z nich był całkiem martwy zwierzak w wodzie. Postrzałek chyba, bo miał dziurki. Chyba że to już robota rozkładu tudzież stołówka owadów. Memento mori pomyślałem…

Chwila zadumy i ruszyliśmy dalej.

Po drodze robiliśmy krótkie postoje w co ciekawszych miejscach.

No i nadszedł moment w którym zawróciliśmy.

Tą samą trasą szliśmy z powrotem wzdłuż brzegu Pisy.

Po drodze oczywiście pogaduchy, żarty, poważne rozmowy.

Czas płynął szybko, wróciliśmy do miejsca startu.

Było fajnie. Fajnie, bo w terenie zawsze jest fajniej niż przed kompem. :)

W sumie pobyt w terenie trwał jakieś osiem godzin. Przeszliśmy niewiele, bo tylko kilka kilometrów. Ale jakie to ma znaczenie?
Nawet to, że nic nie złowiliśmy nie ma znaczenia. :)

BTW …po zdjęciach widać, jak dzieciaki rosną…
To samo miejsce, 4 lata nazad:

.

Dodaj komentarz