Hobo Stove. Czyli jakby powrót do przeszłości…

W lipcu wybieram się na trzydniowy spływ kanu/kajakowy, będę więc miał trochę frajdy. Żeby było bardziej bushcraftowo, postanowiłem, że na spływ zabiorę „hobo stove” czyli prowizoryczną kuchenkę na drewno. Pomysł zapewne wziął się stąd, że do gotowania w terenie używałem już chyba wszystkiego (kuchenki gazowe, spirytusowe, na benzynę, etc.), a tego nie…


Żeby nie było siary, trzeba było sobie toto zrobić i przetestować. No to siup do Teskowni, tam z półki solidną puszkę brzoskwiń w koszyk i z powrotem do domu. Tu krótka przerwa na konsumpcję zawartości prosto z Grecji i do roboty.
Bardzo ważne – lista niezbędnych narzędzi:
1. Tani, badziewny ale w miarę ostry nóż.

 

Wszystko jasne, nie?

OK, zaawansowana kuchenka gotowa. Nie trzeba było nawet rysunków technicznych wykonywac przed robotą. Serce samo prowadzi…  :)

No dobra, mam ten super wynalazek, trzeba przetestować. W mieszkaniu tego nie zrobię, bo by mi Kama tętnicę wypruła. Mus skoczyć do lasu. A do lasu mnie nie trzeba długo namawiać.

Skok na rower, kilka kilometrów pedałowania i oto jestem na łonie przyrody. Miło, pachnąco, chłodnawo, wilgotno i setki tysięcy egzemplarzy zminiaturyzowanej Czupakabry (czyt. komarów).

Do testów użyłem nie za bardzo podeschniętej brzozy. W jej przygotowaniu udział wzięli: Bahco Laplander, Fiskars X7 i Mora Companion. Jak widać, pięknie i skutecznie.

 Kora brzozy, drobno pocięte drewno i 3, 2, 1, start! Pojechało!

 

 

 

 

 

 

 

Drewno, a w zasadzie cały las był cholernie wilgotny więc dymiło z deka. Ale wynalazek sprawdził się fajnie. Działa, gotuje.

Wnioski z szybkiego testu: Da radę. Kuchenka mała, prosta i dopieprza jak mały samochodzik.
Zabiorę toto na spływ. Będzie gotować!